poniedziałek, 8 maja 2017

RECENZJA: „Firstlife. Pierwsze życie” Gena Showalter


Książka, która wpadła w moje ręce całkiem przypadkiem, okazała się świetną lekturą. Wciągająca powieść o życiu, które jest dopiero początkiem ludzkiej wędrówki. Zacznijmy jednak od kilku podstawowych informacji.




Tytuł: Firstlife. Pierwsze życie
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Liczba stron: 432
Data wydania: 15.03.2017r.
Kategoria: fantasy/ literatura młodzieżowa


„Żyje się tylko raz? Nie w tym świecie, tutaj prawdziwe życie zaczyna się dopiero po śmierci. Jesteś pełnoletni? A więc pora zdecydować, czy będziesz wyznawać zasady Trojki, czy Miriady. Te dwie frakcje toczą zaciekłą walkę o dusze Niezwerbowanych i prawie nigdy nie grają czysto.
Tenley została naznaczona już w chwili narodzin. Jest obdarzona wielką mocą. I Trojka, i Miriada nie cofną się przed niczym, by ją przeciągnąć na swoją stronę. Wciąż nie zdecydowała, dokąd chce trafić po śmierci, a nie wie, że los przygotował dla niej kilka niemiłych niespodzianek. ”


Ten to nastolatka, która chce mieć władzę nad własnym życiem i samodzielnie podejmować wybory. Dlatego też nie poddaje się woli rodziców i pragnie wybrać frakcję (Trojkę lub Miriadę), która zaoferuje jej to, czego pragnie. Ku jej niezadowoleniu, obie mają pozytywne cechy, ale też wady, co uniemożliwia jej wybór. Ten więc pozostaje Niezwerbowana, czyli nie przynależy do żadnej z frakcji. Jest to jednak niebezpieczne, gdyż w przypadku przedwczesnej śmierci trafiłaby do krainy wiecznego cierpienia.


TROJKA

|Pierwsze życie przygotowuje grunt pod Drugie.|

Ważniejsze od tego, co wiesz i czujesz, jest to, co robisz|

|Możesz zmienić to, co widzisz bądź czujesz|




MIRIADA

|Strach utrzymuje cię przy życiu.
Strach przypomina ci, że żyjesz.|

|Bez końca nie ma nowego początku|

|Cel zawsze uświęca środki|





Trojka i Miriada od zawsze ze sobą walczą. Skutki ich potyczek odczuwane są na Ziemi w postaci różnorakich zjawisk atmosferycznych, np. trzęsień ziemi. Obie frakcje wysyłają również na naszą planetę dusze w ludzkich skorupach, które próbują nakłonić niezdecydowanych do zaprzysiężenia się jednej z nich.
Aby zdobyć poszczególne osoby, są w stanie poświęcić bardzo wiele i walczyć na (drugą) śmierć i życie.

Na początku czułam się trochę zdezorientowana ze względu na tajemniczą korespondencję „mailową", nie znałam jeszcze wtedy frakcji, ani nawet głównej bohaterki. Wiadomości pojawiają się kilka razy jako przerywnik pomiędzy tradycyjnymi rozdziałami.



Zaskoczyła mnie lekkość, z jaką napisana została ta książka. Przede wszystkim, nie wymaga od czytelnika dużego zaangażowania, co z jednej strony wpływa pozytywnie na przyjemność i płynność czytania, ale sprawia również, że treść fabuły łato zapomnieć po skończeniu lektury. 

Gena Showalter stworzyła powieść, łączącą po trochę wszystkiego, co literatura młodzieżowa powinna zawierać. Oprócz historii nastolatki, borykającej się z wyborem, który zadecyduje o jej drugim życiu, jest to opowieść o miłości, przyjaźni, ale także bólu, cierpieniu i zdradzie. Za wartką, zwrotną akcją kryją się smutne prawdy o ludziach i ich prawdziwej naturze. Wizja korzyści majątkowych lub jakichkolwiek innych może zawładnąć człowiekiem i sprawić, że odwróci się on od tego, co do tej pory uważał za najważniejsze. Główna bohaterka uczy się, że nie należy ufać nikomu.

Jedyne, co nie podobało mi się w Firstlife, to zauważalna powtarzalność i schematyczność oraz delikatna przesada jeśli chodzi o umiejętności i wytrzymałość "zwykłych" ludzi. Czasem autorka zbyt dowartościowywała bohaterów, co odbierało naturalność niektórym sytuacjom.

Tenley musi radzić sobie z wieloma problemami, a wybór frakcji z czasem staje się jednym z najmniej ważnych. Stawia czoła dylematom, które zmuszają ją do podjęcia decyzji, które mogą skrzywdzić innych, ale przede wszystkim także ją samą. Pomimo traumatycznych przeżyć nie poddaje się i walczy z całych sił, aby osiągnąć cel. 

Podsumowując, jest to lektura, która nie spowodowała rewolucji w moim życiu, ale zwróciła uwagę na pewne problemy, jednocześnie zamykając je w ciekawej, niespotykanej fabule. Przeczytałam z przyjemnością, a gdy kończyłam, żałowałam, że to tak szybko. Z chęcią przeczytałabym kolejną część o dalszych losach Ten.


Moja ocena:
9/10



poniedziałek, 1 maja 2017

RECENZJA: „Dom na wzgórzu” Peter James - najlepszy horror roku?




Dom na wzgórzu został uznany za najlepszą książkę roku 2016 w plebiscycie lubimyczytac.pl w kategorii „horror”. Dlatego też, w poszukiwaniu nowych , strasznych doznań, postanowiłam ją kupić i przekonać się, czy faktycznie aż tak przeraża.





Tytuł: Dom na wzgórzu
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 350
Data wydania: 13.04.2016r.
Kategoria: horror



Akcja książki rozgrywa się w Wielkiej Brytanii, w 2015 roku. Trzyosobowa rodzina wprowadza się do domu- rodzice: informatyk i prawniczka oraz ich 12-letnia córka. Są pewni, że przeprowadzka tu stanowi jedną z najlepszych decyzji ich życia. Wkrótce jednak przekonają się, że mieszkanie tu stanie się koszmarem. (Pełny opis: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/295748/dom-na-wzgorzu )

Książkę czyta się bardzo szybko i lekko - napisana jest prostym (czasem aż za bardzo) i współczesnym językiem. Jednak pewne sformułowania i schematy powtarzają się zbyt często i mogą być denerwujące. Dodatkowo dialogi prowadzone są w sposób dosyć nienaturalny, wręcz „sztywny”, a wątpię, by była to kwestia tłumaczenia. Rozmowa między ojcem a córką, którzy mają ze sobą dobre relacje, polega na prostych pytaniach i dziwnych, nienaturalnych odpowiedziach.

Klimat utrzymuje się stale na mrocznym poziomie, w każdym rozdziale pojawia się jakiś nowy, niepokojący szczegół, który dodatkowo go podsyca. Małe elementy, tworzące zgraną całość, budują obraz typowego nawiedzonego domu. Powstało już wiele powieści opartych na tym schemacie, więc ciężko jest stworzyć coś nowego. Mimo to wielokrotnie przechodziły mnie dreszcze, gdy czytałam o tajemniczych zjawiskach, które miały miejsce w Cold Hill.


Ale co, jeśli nasza percepcja jest błędna? Jeśli czas rozumiany linearnie to tylko wytwór naszego mózgu, pozwalający nam rozumieć, co się dzieje? Jeśli wszystko, co kiedykolwiek istniało, istnieje nadal... przeszłość, teraźniejszość, przyszłość... a my jesteśmy uwięzieni w malutkiej cząstce kontinuum czasoprzestrzennego? Może niekiedy zza uchylającej się zasłony docierają do nas przebłyski przeszłości lub przyszłości?


Bohaterowie zostali wykreowani w sposób prosty i niewymagający - wystarczający by odpowiednio uzupełnić historię. Czasem jednak irytowały mnie nawiązania do współczesnych mediów (Instagram), a także nieporadność głównych bohaterów. 

Fabuła wciąga mimo swej prostoty, ale wiele kwestii pozostaje niewyjąśnionych. Konstrukcja bardzo przypomniała mi dwie ksiązki Stephena Kinga: Cmętarz zwieżąt (recenzja tu) i Lśnienie - szczególnie w kwestiach związanych z domem, przeprowadzką, poznawaniem nowych sąsiadów, szaleństwem, a nawet kotami. 

Mam mieszane uczucia po przeczytaniu Domu na wzgórzu. Z jednej strony czytało się szybko i bardzo przyjemnie; autorowi niejednokrotnie udało się mnie przestraszyć (bardziej zaniepokoić), ale zaś z drugiej - fabuła nie była zbyt powalająca. We znaki dała się widoczna powtarzalność zarówno w zachowaniach bohaterów, jak i w zjawiskach paranormalnych.

Podsumowując, nie żałuję, że przeczytałam tę książkę, w ogólnym rozrachunku wypada u mnie całkiem nieźle. Uważam, że jest warta przeczytania, ale zapewne wkrótce zapomnę, o czym w ogóle była. Jest dobrą lekturą na jeden czy dwa wieczory, ale z pewnością nie zaliczę jej do powieści, która wywarła na mnie znaczący wpływ. 

Plusy:
- łatwy, współczesny język
- lekkość czytania
- stale utrzymujące się napięcie

Minusy:
- prostota fabuły 
- przewidywalność
- powtarzalność

Moja ocena:
7/10




czwartek, 16 marca 2017

RECENZJA: „Śpiący giganci” Sylvain Neuvel


Podobno książki nie ocenia się po okładce, ale to właśnie ona przyciągnęła moją uwagę w przypadku „Śpiących gigantów” i zachęciła do kupna bez zapoznawania się z opisem. Czy było warto?




Tytuł: Śpiący giganci
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron:384
Data wydania:09.11.2016r.
Kategoria:fantasy / science fiction


„Powieść na miarę „Jurassic Park”, „World War Z” i „Marsjanina”, po mistrzowsku łącząca elementy thrillera, fantastyki i powieści przygodowej. Kiedy pod jadącą rowerem Rose zapada się ziemia i dziewczynka ląduje na ogromnej metalowej dłoni, nikt nie podejrzewa, że to zwiastun wydarzeń, które pchną losy ludzkości na nowe tory. Siedemnaście lat później Rose realizuje swoje marzenie: trafia do zespołu, którego zadaniem jest rozwikłanie tajemnicy zagadkowego artefaktu. Jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki na całej planecie spod ziemi wyłaniają się ukryte przez tysiące lat, kolejne elementy kolosalnych posągów-robotów. Skąd się wzięły? Czemu miały lub mają służyć? Jaka rola przypadnie Rose w rozwikłaniu zagadki?”


Próbowałam kiedyś czytać „Marsjanina”, ale niespecjalnie przypadł mi do gustu, co zrodziło pewne obawy co do tej książki. Na wstępie warto wspomnieć, że jest ona napisana w formie wywiadów prowadzonych przez tajemniczą osobę, której tożsamość stanowi niewiadomą. Nie każdemu taka forma się spodoba, ale uważam, że autor całkiem nieźle sobie z nią poradził.

Całość, przypominająca akta, podzielona jest na wiele krótkich dokumentów, z których każdy stanowi odrębny element historii. O rozwoju wydarzeń dowiadujemy się z relacji bohaterów, którzy odpowiadają na pytania. Dzięki tym wypowiedziom poznajemy ich zdanie na temat danych wydarzeń, stanowisko w konkretnych sprawach, a także emocje, które nimi kierują.

Nie byłam zbytnio przekonana do formy wywiadu, ale historia okazała się wciągająca. Trudno tu jednak mówić o zawrotnym tempie czy zwrotach akcji. Czasem robiło się naprawdę ciekawie, ale brakowało mi dynamiki i wyraźnych punktów kulminacyjnych, które ożywiłyby całość.




Pomimo powolnego rozwoju wydarzeń, czytało się dość szybko i płynnie. Powieść napisana jest w sposób lekki, pojawia się też wiele elementów języka potocznego, które sprawiają, że rozmowy stają się bardziej realne.

Sam pomysł i treść są naprawdę ciekawe. Na początku wydawało mi się, że nie dowiem się zbyt dużo z odpowiedzi na pytania, ale okazało się, że dokładnie poznałam bohaterów, o których informacje pojawiały się w poszczególnych wypowiedziach. Wkrótce wiedziałam już bardzo wiele o tamtejszym świecie, sytuacji politycznej i projekcie, wokół którego skupia się powieść. Zdania ekspertów pomagają wytłumaczyć zjawiska fantastyczne mające miejsce na różnych kontynentach, ale jednocześnie pojawia się sporo haseł związanych z techniką, które nie zawsze były dla mnie zrozumiałe :D

Sam pomysł na tę powieść bardzo mi się spodobał, nigdy jeszcze nie czytałam czegoś podobnego, ale uważam, że w formie ciągłej lektura byłaby przyjemniejsza. Z drugiej strony, mogłoby to utrudnić poznanie zdania innych bohaterów na dany temat. Było to pierwsze moje spotkanie z taką formą. Odniosłam wrażenie, że gdzieś pomiędzy wszystkimi dokumentami i wywiadami autor utracił spójność, która stanowi bardzo ważny element. Jednak całościowo oceniam tę książkę pozytywnie, gdyż dostarczyła mi nowych wrażeń i jest stworzona w ciekawy, nietypowy sposób, gubiąc kilka elementów, ale równocześnie zachowując ogólną koncepcję powieści science fiction.

W SKRÓCIE:

Plusy:                                                                                                          
-ładna okładka
-ciekawa fabuła
-wydarzenia opisywane z perspektywy różnych bohaterów
-czyta się szybko i płynnie

Minusy:
-brak spójności
-trudność we „wkręceniu się w treść”


Moja ocena:
7/10

środa, 1 lutego 2017

RECENZJA: „Kostuszka” Carla Mori


Przemoc domowa to temat, który bardzo często poruszany jest w mediach. Agresja wśród dzieci wzbudza gniew i zmusza do zadania pytania: czy możemy cokolwiek zrobić wobec takiego zachowania? Najczęściej nie mamy nawet szansy usłyszeć, że za ścianą u sąsiada coś jest nie tak, jak być powinno. Dowodem na to jest sytuacja małej Konstancji, która, pomimo iż stanowi fikcję, mogłaby wydarzyć się naprawdę.





Tytuł: Kostuszka
Autor: Carla Mori
Wydawnictwo: Videograf S.A.
Ilość stron: 266
Data wydania: 19.07.2016r.
Kategoria: powieść grozy


„Brzostowscy wraz z ośmioletnią córką (Konstancją) wiodą spokojne i szczęśliwe życie na południu Anglii. Z dala od rodziny, z którą nie zawsze się dogadywali, snują plany i marzenia na długie, wspólne lata. Jednak któregoś dnia w ich domu pojawia się włamywacz, z zimną krwią mordując Annę. Jej mąż staje się głównym podejrzanym i wspólnie z opieką społeczną decyduje o przekazaniu tymczasowej pieczy nad dzieckiem babce i ciotce, zamieszkującym w Polsce. Dotknięta głęboką traumą dziewczynka, z dnia na dzień pozbawiona obojga rodziców, ląduje w obcym kraju, wśród obcych dla siebie ludzi. Jeśli wydaje Ci się, że najgorszym dziecięcym koszmarem jest utrata rodziców, spróbuj sobie wyobrazić, co czuje, kiedy najbliżsi mu ludzie okazują się również najbardziej okrutni. Czasami jedynym schronieniem przed bólem bywa miejsce mroczne i niepokojące. Miejsce, w którym można dowiedzieć się zaskakującej prawdy o sobie…”


Carla Mori stworzyła powieść poruszającą do głębi, ale czy straszną?

„Kostuszka” to wstrząsająca historia dziewczynki, która z dnia na dzień traci wszystko, co kochała i musi zmierzyć się z brutalną, rzeczywistością. Wydarzenia mające miejsce w częstochowskim mieszkaniu przyprawiają o dreszcze, a czasem po prostu przerażają. Metody „wychowawcze” stosowane przez babcię i ciotkę mrożą krew w żyłach i sprawiają, że w czytelniku wzbiera uczucie gniewu, ale równocześnie współczucia. Staruszka - apodyktyczna, zaborcza, nie znosząca sprzeciwu dewotka, mieszkaniec jednego ze zwykłych osiedlowych bloków, jednak w oczach innych - miła, dobra i godna szacunku starsza pani. To ona, stosując drastyczne metody i postępując wbrew zasadom, które sama głosi, zgotowała swojej córce- a potem wnuczce, piekło na ziemi.


Trwali tak, jak woskowe lalki. On - wyprany z emocji, wyniszczony przez lata udręki, złamany i beznadziejny. Ona - zimna jak lód, dewotka i socjopatka.


Autorka świetnie kieruje emocjami czytelnika, ale robi to z rozwagą, odpowiednio rozmieszczając elementy napięcia w fabule książki. Podobało mi się, że wszystko to nie przekracza granicy dobrego smaku. Całość tworzy swego rodzaju układankę, z której każdy segment, czyli poszczególny detal powieści jest odmienny, ale razem tworzą zgrany całokształt. Trochę grozy (w postaci przemocy wobec dzieci), okrucieństwa i niepokoju, ale także mitologii słowiańskiej i tajemniczych stworzeń, a to wszystko osadzone we współczesności.

Dzięki Carli Mori można chociaż w pewnym stopniu wyobrazić sobie, co czuje dziecko postawione obliczu tragedii rodzinnej  i nieludzkiego wręcz traktowania. W książce możemy znaleźć wiele dowodów na to, że wydarzenia z dzieciństwa odciskają na człowieku głębokie piętno i mają wpływ na jego dorosłe życie.

Warzyła myszka kaszkę, warzyła,
Dzieci swoje karmiła.
Temu dała na miseczce,
Temu dała na łyżeczce,
Temu dała na spodeczku,
Temu dała w garnuszeczku,
A temu łebek ukręciła
I do komórki się skryła
Ta rymowanka, z pozoru zwykła i niewinna, budzi niepokój i zapada w pamięć.

Sytuacja, w której znalazła się Konstancja, a wcześniej jej matka, jest o tyle niepokojąca, że uświadamia o możliwości przebywania oprawcy wśród nas. Takie sytuacje zdarzają się w prawdziwym życiu, a my możemy mieć z nimi bezpośrednio do czynienia. Autorka, tworząc mrożącą krew w żyłach historię z elementami fantastycznymi, ukazała problem, który jest i prawdopodobnie jeszcze przez bardzo długi czas będzie aktualny.

Pod względem ludzkiego cierpienia i samotności ta książka zrobiła na mnie spore wrażenie, jednak brakowało mi elementów typowej powieści grozy. Co prawda, przemoc i zachowanie wobec Konstancji przeraża, ale spodziewałam się trochę większej ilości strachu i napięcia. Odniosłam też wrażenie, że niektóre schematy i sformułowania powtarzają się czasem zbyt często. Co prawda nie było to bardzo rażące, ale zauważalne.

Podsumowując, „Kostuszka” jako powieść o bólu, stracie, przemocy i cierpieniu stanowi bardzo dobrą lekturę. Dla miłośników typowego horroru może wydać się nieco nużąca, a nawet nudna, ale nie sposób, by nie poruszyła czytelnika aż do głębi. Warto też wspomnieć o przystępnym i wyrafinowanym języku, którego użyła autorka i odpowiednim dopasowaniu się do stylu w zależności od sytuacji. Zakończenie pozostawiło mnie z uczuciem lekkiego niepokoju i zdezorientowania, budząc wiele wątpliwości i pytań, które zrodziły się w mojej głowie tuż po przeczytaniu. Gdy poznacie historię Kostuszki, spojrzycie na swoich sąsiadów pod innym kątem...



Moja ocena:
7/10



Za możliwość przeczytania książki dziękuję:



wtorek, 17 stycznia 2017

NAJLEPSZA KSIĄŻKA 2016 ROKU: „Pielgrzym” Terry Hayes - recenzja


Dziś opowiem wam o książce, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Pielgrzym Terry'ego Hayesa to najlepsza pozycja, jaką udało mi się przeczytać w 2016 roku, a nawet w całym moim życiu. Mimo, że jej premiera miała miejsce w 2014 roku, usłyszałam o niej dopiero niedawno i zachęcona wieloma pozytywnymi opiniami postanowiłam przeczytać.



Tytuł: Pielgrzym
Autor: Terry Hayes
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 768
Data wydania: 03.06.2014r.
Kategoria: thriller/sensacja/kryminał


"Pielgrzym" to kryptonim człowieka, który oficjalnie nie istnieje. Dawniej dowodził tajnym wydziałem wewnętrznym amerykańskiego wywiadu. Zanim wycofał się ze służby i zniknął, zawarł swe zawodowe doświadczenie w niezrównanej książce na temat technik śledczych. Nie przewidział jednak, że posłuży ona jako podręcznik mordercy...
Młoda kobieta zamordowana w podrzędnym hotelu na Manhattanie.
Mężczyzna publicznie ścięty w Arabii Saudyjskiej.
Oczy skradzione żywemu człowiekowi pracującemu w tajnym syryjskim laboratorium badawczym.
Dymiące ludzkie szczątki na zboczu góry w Hindukuszu.
Spisek, którego sednem jest przerażająca zbrodnia przeciwko ludzkości.
Jedna nić, która łączy wszystkie te sprawy.
Jeden człowiek, który podejmie wyzwanie.
Pielgrzym."


Akcja książki rozgrywa się w wielu miejscach na świecie, przemieszczając się pomiędzy nimi w bardzo szybkim tempie. Raz jest to Arabia Saudyjska, innym razem- USA, a jeszcze później- Paryż. Autor nieustannie balansuje między przeszłością i teraźniejszością, niejednokrotnie wykraczając w przyszłość, jednak robi to w uporządkowany sposób tak, że wszystko wydaje się być na swoim miejscu.

Świetne rozmieszczenie wydarzeń w odpowiednim miejscu i czasie to nie wszystko. To, co zwróciło moją uwagę, to dopracowani pod każdym względem bohaterowie. Warto dodać, że jednym z nich jest sam narrator- człowiek o wielu tożsamościach, które przyjął, by móc w pełni poświęcić się swojej pracy.

Pamiętałem, że muszę wcześnie wstać. Zanim dotarłem do łóżka, żyłem już na innej planecie, bo świat nie zmienia się na naszych oczach - zmienia się za naszymi plecami.

W Pielgrzymie poznajemy mrożącą krew w żyłach historię „Saracena”, który rzetelnie i konsekwentnie wprowadza swój niebezpieczny plan w życie. Każdy szczegół ma tu wielkie znaczenie i ogromny wpływ na rozwój wydarzeń.

Precyzja autora widoczna jest tu w każdym zdaniu. Opisy miejsc, osób i zdarzeń są tak dokładne, że można ujrzeć gotowy obraz w wyobraźni. Wiele uwagi poświęcił on detalom, będącym na pierwszy rzut oka mało istotnymi, ale to właśnie one stanowią element, bez którego ta powieść nie byłaby tak dobra.

Dzięki Hayesowi dowiedziałam się wiele na temat amerykańskiego wywiadu i tajnych służb, działających dyskretnie, nie wzbudzając niczyjej niepewności. Szczególnie interesujące były opisy działań, z którymi spotkałam się po raz pierwszy i które doprowadzały agentów do odpowiednich miejsc i osób.

Nasi ludzie po prostu musieli tacy być, skoro mieli tropić przestępców wśród najlepszych tajnych operatorów na świecie. Lata szkolenia nauczyły naszych przeciwników kłamać i stosować uniki; żegnać się bez pozostawiania śladów; przykładać rękę do wszystkiego i nigdzie nie zostawiać odcisków palców.

Lektura Pielgrzyma uświadomiła mi, że zagrożenie może czaić się na każdym kroku i pojawić się w każdym momencie. Jeden człowiek może sprawić, że cały świat zanurzy się w cieniu przerażenia i wyczekiwania. Ten właśnie człowiek postawi w stan gotowości służby na całym świecie, ale czy uda mu się je przechytrzyć?

Pomimo swojej objętości, książka pochłonęła mnie od pierwszej strony i od tej pory nie pozwalała się od siebie oderwać. Cieszę się, że przeczytałam ją akurat podczas Świąt, gdy miałam więcej wolnego czasu. Gdy już ją otwierałam, zamykałam dopiero po długich godzinach.

Terry Hayes zapewnił mi chwile świetnej rozrywki. Zachwyt nad tą powieścią rósł z każdą stroną. Moje serce skradły przede wszystkim: szczegóły, wymagające sporej wiedzy oraz sam pomysł na rozwój wydarzeń. Śledziłam je z niepokojem, kibicując bohaterom, by udało im się pokonać z pozoru niewielkie zagrożenie. Jednocześnie chciałam wiedzieć, jak wszystko się skończy, a z drugiej strony - miałam ochotę czytać tę książkę w nieskończoność. Bez wątpienia jest to najlepsza pozycja, jaką przeczytałam w 2016 roku.  Serdecznie polecam.


Moja ocena:
10/10

Na amazonie pojawiła się już kolejna książka Terry'ego Hayesa, która swoją premierę będzie mieć w lipcu 2017. Minie jednak trochę czasu, zanim ukaże się ona w Polsce. Już nie mogę się doczekać !


 

czwartek, 12 stycznia 2017

BOOK HAUL: grudzień + styczeń


Cześć :)
Przychodzę do was dziś z book haulem. Przez cały grudzień i początek stycznia kupiłam i dostałam kilka ciekawych pozycji, które utworzyły całkiem niezły stosik. Zapraszam :)


Pielgrzym Terry Hayes



Wotum nieufności Remigiusz Mróz



Mock Marek Krajewski



Miasto glin Karin Slaughter



Morderstwo w Orient Expressie/Pani McGinty nie żyje Agata Christie



Pet Sematary Stephen King



Śpiący giganci Sylvain Neuvel


Trylogia klątwy 
Porwana pieśniarka, Ukryta Łowczyni, Waleczna Czarownica Danielle L. Jensen


Tak prezentuje się cały stosik:



Jak widać, przede mną sporo czytania :) 
Dajcie znać, jakiej książki recenzję chcielibyście przeczytać na blogu :)



piątek, 6 stycznia 2017

RECENZJA: „Alazza” Cezary Czyżewski



Opowieść z wątkiem kryminalnym rozgrywająca się na terenie Bydgoszczy. Opowieść o siłach, z którymi czasem nie warto zadzierać. Opowieść zawierająca elementy sensacji, fantasy i horroru, ale także potrafiąca rozbawić. To właśnie „Alazza” Cezarego Czyżewskiego.




Tytuł: Alazza
Autor: Cezary Czyżewski
Liczba stron: 261
Data wydania: 11.2016r.


„Tadeusz Siekierski, fizyk, zostaje wciągnięty przez swojego kolegę policjanta w sprawę z pozoru czysto kryminalną - zabójstwo mężczyzny na jednym z bydgoskich osiedli. Historia zaczyna się komplikować, gdy okazuje się, iż sprawca niekoniecznie jest człowiekiem. Trzeźwo myślący Siekierski przekonuje się, że otaczający go świat to nie tylko dająca się potwierdzić naukowo fizyka.
Opowieść pełna tajemnic, sił potężniejszych niż ludzkość i magii, czającej się w zaułkach Bydgoszczy.”


Opis książki brzmi bardzo zachęcająco i po przeczytaniu wiedziałam, że będzie ciekawie i tajemniczo. Historia wciąga już od pierwszych stron. Po krótkim rozpoznaniu sytuacji głównego bohatera, wtajemniczamy się w sprawę morderstwa, która okazuje się być czymś innym niż zwykłym zabójstwem. Z czasem sprawy przybrały taki obrót, którego całkowicie się nie spodziewałam. 

Moją uwagę w szczególności przykuł sposób, w jaki zostały przedstawione pewne istoty, a także to, jak się porozumiewały. W jednym momencie zaskakiwały mnie ich umiejętności i moce, a w innym- to, jak bardzo mogą być podobne do człowieka. 

Czyta się szybko i przyjemnie. Pomiędzy momentami, w których akcja przyspiesza znaleźć można bogate opisy wszelkich rytuałów, dokonywanych w celu wezwania duchów. Momentami wydawały się one nieco za długie, ale zdecydowana ich większość wywierała na mnie pozytywne wrażenie i wyjaśniała szczegóły, dzięki którym łatwiej było zrozumieć dalszą treść.

Elementy magii i metafizyki bardzo mi się podobały, może dlatego, że nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką koncepcją, która przedstawia demony w sposób, jaki zrobił to autor. Jak już wcześniej wspomniałam, ich zachowania, często przypominające ludzkie, zaskoczyły mnie najbardziej.

Dialogi prowadzone są w sposób bardzo prosty, co daje poczucie naturalności, ma się wrażenie, jakby stało się obok i obserwowało daną sytuację. Łatwy język pozwala bez problemu zrozumieć treść i przebrnąć przez całą książkę w naprawdę szybkim tempie. Ze względu na niewielką objętość, niedługo po rozpoczęciu już trzeba kończyć.

Na kartach zaledwie 260 stron dzieje się dużo, co stanowi dla mnie duży plus. Szybka akcja, zwalniana jedynie przez owe opisy, utrzymuje tempo przez całą książkę.
 
Podsumowując, jest to powieść, którą polecam każdemu, kto chce przeczytać coś innego, odbiegającego od norm, ale również będącego ciekawą i zaskakującą lekturą. „Alazza” to pozycja idealna na chłodne wieczory!


Moja ocena:
8/10

Książkę możecie zamówić tutaj:
Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi.